Komputery Apple w pracy admina

Dlaczego po wielu latach używania Windows i Linux przesiadłem się na macOS? Czy da się na tym pracować? Czy sprzęt Apple naprawdę jest taki drogi?  Zapraszam do lektury.

Przyznaję się, że nigdy nie byłem zapalonym linuxowcem. Korzystałem z Linuxa w roli desktopa, ale prawie zawsze na dysku towarzyszyła partycja z Windowsem. Dwa systemy w niczym mi nie przeszkadzały, bez problemu miałem zastosowanie dla obu. Pracowałem tak przez wiele lat i specjalnie nie widziałem sensu cokolwiek zmieniać. Pierwszy kontakt z macOS (wtedy OSX) miałem chyba w 2002 roku. Był to w zasadzie jednorazowy kontakt z komputerem iMac. Nie specjalnie przypadł mi ten system do gustu i chwilę później zapomniałem o jego istnieniu. Przypomniałem sobie o firmie Apple dopiero w 2007, jak świat ujrzał pierwszego iPhona. Oczywiście nie kupiłem go. Stać mnie wtedy było jedynie na Nokię z symbianem 🙂

Przez kolejne lata Apple kojarzył mi się z urządzeniami dla bogatych dzieciaków. Raczej do zabawy niż do pracy. Nie wyobrażałem sobie pracy admina na tym sprzęcie. Sytuacja zmieniła się kilka lat temu. Mój szef sprawił sobie Maca mini. Oczywiście Krzysiek nie byłby sobą, gdyby nie zaczął zarażać innych swoją nową fascynacją 🙂 Przez wiele miesięcy drwiłem z jego prób wciskania każdemu w firmie komputera mac do pracy. Do czasu, aż poprosiłem o wymianę mojego wysłużonego PC na nowego. Zostałem postawiony przed ścianą – dostanę nowszy komputer, o ile będzie to mac…

Uzgodniliśmy, że podejmę uczciwą próbę. Jeżeli przez kilka tygodni nie przekonam się do tego systemu, to wracam do Windowsa. Pamiętam, że na początku zabrałem maca do domu, na weekend i tam przygotowywałem go sobie do pracy. Piątek i sobota to były dwa dni rzucania bluzg na co popadnie. Wszystko mi nie pasowało, wszystkiego brakowało. W niedzielę było już lepiej, do południa miałem już gotowe podstawowe narzędzia. Wieczorem udało się odpalić virtualboxa z Windowsem 7, aby mieć dostęp do kilku aplikacji dla których nie znalazłem jeszcze odpowiedników. W poniedziałek odłączyłem w biurze PC i zacząłem używać macOS. Udało się. Dwa tygodnie później kupiłem Macbooka do domu 🙂

W sierpniu tego roku minie 3 lata odkąd jestem „applowy”. Skąd nagłe przekonanie się do ich produktów? Nigdy nie byłem jakimś geekiem sprzętowym i od czasów Pentium 4 przestałem rozróżniać procesory. Szczerze mówiąc nawet nie wiem jakiej generacji jest i5 w Macu mini w biurze, czy i7 w Macbooku który mam w domu. Wiem jakiej pojemności mam dysk i ile ramu. Ta wiedza mi wystarcza. Zarzuca się Apple, że robią za drogie komputery w stosunku do możliwości sprzętowych. Może tak jest, ale ja tego naprawdę nie odczuwam. Na komputer do domu wybrałem Macbooka Air. Przez dwa lata wystarczał mi w zupełności do pracy i rozrywki. Obrabiałem na nim RAWy i montowałem amatorsko video. Wydajność była wystarczająca. Nieco gorzej z matrycą, która miała tylko 1440×900, dlatego do obróbki video czy zdjęć konieczny był zewnętrzny monitor. Po dwóch latach, korzystając z dobrej okazji, wymieniłem Aira na Pro z tego samego rocznika. Z mocniejszym procesorem i7 oraz 16GB pamięci RAM. No i oczywiście z ekranem Retina, który zmienił moje podejście do pracy na laptopie. W tej chwili obróbka zdjęć czy video bez dodatkowego monitora nie stanowi żadnego problemu. O ile nie wydarzy się jakaś awaria, to ten Macbook z taką specyfikacją powinien mi wystarczyć na długie lata.

I tutaj przechodzimy do kwestii ceny. Wiadomo, że pracować da się na wszystkim i jak ktoś się uprze, to na laptopie z marketu za 1200zł też będzie w stanie pracować. Zwłaszcza w mojej branży, gdzie do pełni szczęścia potrzebny mi terminal, klient poczty i przeglądarka www. Umówmy się jednak, że o komforcie pracy przy urządzeniach za te pieniądze nie ma co mówić. Zatem aby cieszyć się komfortową pracą, potrzebujemy komputer ze współczesnym procesorem, szybkim dyskiem SSD, sprawnym akumulatorem oraz wygodną klawiaturą. Osobiście zwracam też uwagę na wykonanie, ergonomię i trwałość. Laptop praktycznie nie opuszcza mojego plecaka. Przy takich wymaganiach, wchodzimy już w zupełnie inną półkę cenową i jakościową. W tej półce są produkty Apple, ale znajdziemy tutaj też Della, HP czy Lenovo. Porównując ceny Macbooków, należy je właśnie porównywać z biznesowymi liniami produktów tych producentów. Wtedy bardzo szybko się okazuje, że Apple wcale jakoś znacząco nie odstaje. Zwłaszcza, że w cenie komputera otrzymujemy system z aktualizacjami, jakimś wsparciem i całkiem sporą ilością darmowego oprogramowania. Biorąc jeszcze pod uwagę czas życia produktu, okazuje się, że komputer od Apple wcale nie jest tak drogi jak się to może wydawać.

Kilka zdań o wspomnianej wcześniej ergonomii, bo to dość istotne w przypadku komputerów do pracy. W laptopach Apple urzekła mnie klawiatura oraz gładzik. Do tej pory idealną klawiaturę do pracy miało dla mnie Lenovo z serii Thinkpad X oraz T. Klawiatura z Macbooka, to było moje pierwsze zetknięcie na dłużej z klawiaturą wyspową. Bardzo szybko się do niej przyzwyczaiłem. Pisanie na niej nawet bardzo długo, nie powoduje zmęczenia. Skok klawiszy czy całkowity wymiar, dobrany jest według mnie idealnie. Oczywiście na początku przygody z Apple, problemem jest nauczenie się używania klawisza ALT (nie ma go obok spacji, jak w komputerach PC). Do tego dochodzi nam klawisz CMD, który staje się najczęściej używanym klawiszem. Po ok 2-3 tygodniach przestałem mieć z tym problem. Możemy sobie też „poradzić” wcześniej z problemem instalując emulatory klawiszy, które będą odpowiadały układowi znanemu z komputerów PC. Raczej tego nie zalecam. No chyba, że musicie codziennie używać naprzemian mac z PC, to może jest to jakieś wyjście by nie zwariować 🙂 Jeżeli mac ma zostać Waszym podstawowym komputerem, to proponuję jednak nauczyć się applowskiego układu klawiszy.

Wspomniałem o gładziku. Do tej pory jedynym słusznym urządzeniem wskazującym był dla mnie trackpoint Lenovo. Kto raz spróbował tego urządzenia, to wie o czym piszę. Żaden touchpad nie mógł się równać z precyzją trackpointa. Zmieniłem zdanie po oswojeniu się z touchpadem w Macbooku. Po pierwsze, jest ogromny. Po drugie, jest szklany, przez co palce łatwiej się po nim przesuwają. Po trzecie, obsługuje gesty oraz precyzyjny multi dotyk. Powiększanie obszaru, zaznaczanie tekstu, przewijanie. To wszystko wykonuje się bardzo łatwo i lekko. Może brzmi to wszystko jak przesadna fascynacja fanboja 🙂 Apple jednak takimi detalami przekonywuje do siebie. O tych detalach i o tym jak bardzo są przydatne, uświadamiamy sobie w momencie gdy musimy usiąść na chwilę do innego komputera 🙂

Dobra, teraz o najważniejszym czyli o systemie i aplikacjach do pracy. Zaczynałem od OSX Yosemite czyli stosunkowo niedawno. Interfejs użytkownika jest bardzo prosty w podstawowej obsłudze. Musimy się jednak przyzwyczaić do pewnych zmian w stosunku do Windowsa. Zmiana widoczna na pierwszy rzut oka, to przyciski minimalizacji czy zamknięcia okna, które są z lewej strony. To samo znamy już z wielu linuxowych menedżerów okien. Nie mamy tu też menu Start, czy przesadzonego jak w przypadku Windows 10 panelu sterowania. Ustawienia systemowe są wszystkie w jednym miejscu. Aplikacje znajdują się w tzw. launchpadzie, który jest powiedzmy odpowiednikiem menu Start z Windowsa. Pasek zadań w macOS nazywany jest Dockiem. Wszystko wydaje się maksymalnie uproszczone, ale w rzeczywistości tak nie jest, o czym się wielokrotnie przekonałem. Sporo zaawansowanych opcji jest ukrytych, dostępnych np. po wciśnięciu klawisza ALT. Mimo używania systemu od 3 lat, wciąż potrafię się nauczyć czegoś nowego. Nie raz jest to powodem żartów ze strony kolegów, którzy namiętnie męczą się na Windowsie 🙂 Trzeba jednak podejść do tego uczciwie. Mimo używania przez naście lat Windowsa, obecnie też wiele rzeczy w Windows 10 jest mi nieznanych. Po prostu się ich nie używa.

Chyba nie ma sensu więcej pisać o samej obsłudze systemu, bo wyszła by z tego książka. Skupię się na aplikacjach, które wykorzystuję do pracy. Od wielu lat podstawową formą kontaktu są dla mnie maile i nie wyobrażam sobie pracy bez klienta pocztowego. Po latach męki na Outlooku, potem Thunderbirdzie, przyszła chwila w której poznałem Postboxa. Aplikacja bazująca na Thunderbirdzie, ale jednak działająca i wyglądająca znacznie lepiej. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale Postbox wzorowany jest na aplikacji Mail z macOS. Mail, bo tak nazywa się program, to najlepszy klient pocztowy z jakim miałem kiedykolwiek kontakt. Nawet jak chciałem na macOS spróbować innych, to i tak szybko wracałem do tego systemowego klienta. Tak, jest to aplikacja, którą znajdziemy w systemie i obok pakietu iWork należy do tych najbardziej rozpoznawalnych i użytecznych w macOS. Charakteryzuję się świetną obsługą wielu kont mailowych, szybkością działania, obsługą rozszerzeń i genialnie działającą wyszukiwarką. Jestem w stanie znaleźć każdego maila po nadawcy, odbiorcy, treści tematu, wiadomości czy po załączniku. Aplikacja umożliwia budowanie własnych filtrów, oznaczania wiadomości tagami oraz posiada własne filtry antyspamowe. Zdecydowanie polecam.

Przeglądarki www. Tutaj mimo kilku prób nie udało mi się przekonać do systemowej przeglądarki Safari. Mimo, że nie sprawia problemów, działa bardzo szybko, to jednak uzależnienie od Google Chrome jest zbyt silne 🙂 Prób robiłem kilka, za każdym razem wracałem do Chroma. Na szczęście działa nie gorzej od Safari. Poza tym z racji tego, że zmuszony jestem do korzystania z różnych serwisów, wymagających różnych wtyczek, to tak naprawdę w użyciu ciągle jest Chrome, Safari i nie raz Firefox. Na macOS znajdziecie też Operę czy Chromium, więc wszystko to co znacie z Windowsa czy Linuxa. Oczywiście poza IE i Edge, ale to chyba oczywiste 🙂

O aplikacjach biurowych czy kalendarzu nie będę dużo pisał. Pakiet iWork spokojnie zastępuje mi MS Office. Poza tym od bardzo dawna, jeżeli potrzebuję użyć arkusza kalkulacyjnego czy zrobić prezentację, to korzystam z Google Docs. Skupię się teraz na aplikacjach typowo związanych z moją pracą.

Mikrotik. Jak już wiecie bardzo dużo korzystam z systemu i urządzeń pracujących na Mikrotiku. Do jego obsługi najwygodniejsze narzędzie to Winbox. Tego obawiałem się najbardziej przy przesiadce, że będę miał problemy z jego uruchomieniem. Rozwiązań jest na szczęście kilka. Ja wybrałem WineBottler. Jest to oprogramowanie Wine znany z linuxów. Dodatkowo wyposażony w wygodny instalator który „butelkuje” nam aplikację windowsową z potrzebnymi bibliotekami. Tworzy tym samym aplikację zgodną z macOS, która zachowuje się niemal jak natywna aplikacja.  Dokładnie w ten sam sposób poradziłem sobie z The Dude oraz kilkoma innymi aplikacjami które używałem na Windowsie. WineBottler jest darmowy i pozwolił mi prawie zapomnieć o virtualboxie z Windowsem. Jeszcze czasami do niego zaglądam. Głównie z powodu Internet Explorera, który jest niezbędny do konfiguracji niektórych kamer IP.

Terminal. Mamy oczywiście systemową konsolę która jest dobra. Lepszy jest jednak iTerm2. Aplikacja posiada dziesiątki udogodnień które co chwilę odkrywam. Najważniejsze to obsługa wielu profili, działanie w kartach, możliwość dzielenia okna/karty na części czy synchronizacja profili i ustawień. Absolutny must have dla każdego admina pracującego na macOS. Aplikacja również darmowa 🙂

Będąc przy terminalu warto wspomnieć o narzędziu Brew. Jest to alternatywny menedżer pakietów dla macOS. Pozwala on nam na doinstalowanie brakujących narzędzi dostępnych z terminala, jak np. Midnight Commander, MTR czy Minicom. Tak, przełączniki i routery też konfiguruję przez RS232 z macOS. Nie ma problemów z adapterami USB-RS232. Tak samo jak z kartami sieciowymi na USB.

W zasadzie klient poczty, terminal, winbox i przeglądarka www wyczerpuje podstawowe narzędzia jakie potrzebne mi są do pracy. Oczywiście wszystko inne też znajdziecie na macOS. Mam klienta RDP, oficjalnie wydany przez Microsoft. Są przeglądarki i edytory grafiki czy tekstu. Spokojnie zainstalujemy pakiet Adobe czy LibreOffice. Wbrew pozorom większość aplikacji jest darmowych lub kosztują naprawdę niewiele. Sporo fajnych aplikacji kupiłem w pakiecie, płacąc np 20 euro za pakiet aplikacji w których trafiały się perełki kosztujące pojedynczo po 50 euro. Zdarzają się też ciekawe promocje. Np. Forklifta, który śmiało może konkurować z Total Commanderem złapałem za 2 euro. Pixelmator, edytor graficzny będący gdzieś pomiędzy Gimpem, a Photoshopem dostałem za darmo. Wprawdzie bez praw do aktualizacji, ale na moje potrzeby jest wystarczający. Takich promocji jest całkiem sporo i bardzo łatwo można wyłapać sobie dobry zestaw narzędzi.

Często jednak słyszę zdanie „Tyle płaciłem za komputer, jeszcze muszę płacić za aplikacje”. Nie, nic nie musisz. To co potrzebne masz w systemie. Natomiast możesz kupić aplikacje które rozszerzą możliwość Twojego nowego systemu. Będą dopracowane, a podczas instalacji nie zaśmiecą Ci systemu zbędnym syfem typu adware. Apple nauczył mnie doceniać pracę programistów. Za aplikację z dobrą funkcjonalnością, która usprawni moją pracę jestem w stanie zapłacić. Zwłaszcza, ze zwykle są to niskie kwoty. Jak ktoś mimo wszystko nie potrafi tego przełknąć, to nie trafiłem jeszcze na żadną płatną aplikacje która by nie miała swojego darmowego odpowiednika. Jest wybór.

Cały tekst poświęciłem komputerom i macOS, a co z flagowym iPhone? Na codzień noszę w kieszeni dwa telefony. Jeden z nich to smartfon z androidem. Z tym systemem jestem od ponad 8 lat, zaczynając od wersji 1.5. Telefonów z androidem miałem kilkanaście. Nie jestem ich w stanie już zliczyć. Bardzo lubię ten system. Jednak odkąd ten telefon traktuję również służbowo, to zaczyna mi brakować integracji z macOS. Nie dostrzegałem tego, dopóki drugiego telefonu nie zamieniłem na iPhone. Staruszek już, bo to model 5S, ale spokojnie daje radę w roli drugiej, służbowej słuchawki. Wspominałem o integracji. Właśnie to jest wielka, jak nie największa zaleta „ekosystemu” Apple. Posiadając obecnie trzy komputery mac, mogę usiąść do dowolnego z nich i pracować na tych samych danych i aplikacjach. Większość aplikacji się synchronizuje między sobą wykorzystując iCloud, ewentualnie GDrive lub Dropbox. Urządzenia z iOS jeszcze bardziej dopełniają te integrację. Posiadając iPhone mogę na Macbooku odebrać rozmowę telefoniczną oraz odczytać i wysłać SMSa. Zarządzać kontaktami, nawet kontynuować zaczętego maila lub dokończyć czytać wybraną stronę internetową dzięki funkcji handoff. To są kolejne detale, którymi Apple przewyższa konkurencję i przyciąga sobie klientów.

Celem tego wpisu nie było przekonywanie kogokolwiek do przesiadki. Chciałem z perspektywy osoby, która dużo czasu spędza przed komputerem, opisać jak się pracuje na macach. Oczywiście Apple nie jest bez wad. Mógłbym wymienić ich pewnie kilka. W ostatniej wersji macOS zabrali mi klienta telnet (na szczęście da się doinstalować), a w poprzedniej klienta PPTP. Czasami system też miewa kaprysy. Kilka systemowych aplikacji jest dla mnie nielogicznych, jak np Finder, czy Podgląd. Mimo tego, komputer jest zawsze gotowy do pracy. W zasadzie nigdy go nie wyłączam. Jak już się zdarzy konieczność restartu, to po uruchomieniu wracają wszystkie otwarte przed restartem aplikacje. Do tego otrzymujemy bogaty zestaw przydatnych aplikacji już w samym systemie. Zaczynając od klienta poczty, przez przeglądarkę, pakiet biurowy iWork czy nawet aplikacje do edycji zdjęć i video. Nie są to „zapchaj dziury” tylko rozbudowane i funkcjonalne aplikacje. Te wszystkie szczegóły w połączeniu w całość, według mnie dobrze bronią ceny komputerów Apple. Może inaczej bym na to patrzył, gdybym szukał komputera tylko do domowej rozrywki. Wtedy faktycznie płacenie kilku tysięcy za laptopa może nie mieć większego sensu. Macbook to jednak moje narzędzie pracy i tak jak pisałem na początku, jego cena nie odbiega od topowych produktów innych marek. Ja jestem zadowolony z wyboru i jednocześnie wdzięczny Krzyśkowi, że mnie wciągnął do tej jabłkowej sekty. Za fanboja się jednak nie uważam 🙂